Trzy dni w Pieninach – „W życiu piękne są tylko chwile…”
Dzień pierwszy – 7.05.2008r.
Nadszedł dzień długo wyczekiwanej trzy dniowej li… wycieczki. Pomimo, że nastawiłem alarm w budziku na dość wczesną porę i tak nie miałem ochoty podnosić d### z łóżka. Czułem się tego ranka jak wrak. Szybki prysznic, następnie dopakowaniu brakujących rzeczy. Wchodzę do kuchni i widzę jak mama robi mi kanapki do szkoły. (Miło, że od jakiegoś czasu wzięło ją na takie gesty… ale głupio by było, żeby martwiła się – „gdzie podziewa się jej synek przez trzy dni?!”)
- Oby nam pogoda się nie zepsuła…
- Dlaczego?
- Bo zmokniemy w tych górach…
- To dziś!? Ja sobie zapomniałam!
(standard)
Zerknąłem na zegarek i pojawił się dylemat. Mogłem zajechać tam dwoma autobusami… Zjawić się na miejscu zbiórki pół godziny wcześniej i słuchać „co gdzie jak i ile? czy spóźnić się chwile i liczyć na to, że siedzisko będzie w miarę przystępne… Gdy wysiadałem z busu clock wskazał: dwie po siódmej. Perfect timing – mój zegarek spieszy minut ilość pięć. Przy autokarze znalazłem się, gdy kończyli ładować bagaże. Wewnątrz na starcie miałem okazje zobaczyć koleżanki ze szkoły… których część widziałem po raz pierwszy w życiu. Ale… była panna, która rok temu. Dokładnie w jej urodziny bardzo chciała abym zrobił przed nią siu siu. (Biegłem do łazienki. Po drodze napastowała mnie urodzinową czekoladką. Mimo, że prawie ze łzami w oczach i potężnym ciśnieniu próbowałem ją przekonać… w końcu doszedłem do wniosku, że szybciej będzie wziąć tą czekoladkę ;-) … ale złożone życzenia prześladują mnie do dziś. To było dno.) Miejsce… tył tradycyjnie zajęty. Usadowiłem się z przodu. Tuż za nauczycielami. Dwa siedzenia tylko dla mnie… I tak było ciasno. Chociaż czasem fajne teksty leciały.
Podróż czas zacząć! Klasa 3Tb („Totalnie Boscy” zdaniem naszej kochanej wychowawczyni, która broniła honoru klasy przed opiekunem, który się do nas nie przyznawał :P Brawo Pani Madziu!) wraz z klasą 2C wyruszyła kilka minut po siódmej z parkingu ZS6 w trasę. Kierunek – Pieniny. Krościenko. Autokar załatwiony przez Leszka ruszył. Nim się zorientowałem zatrzymaliśmy się na postój. Chłopaki pokręcili sobie śmigłem i pojechaliśmy dalej. Jazdę umilała nam załoga tylnej części pojazdu radośnie podśpiewując. (Dziewczyny jęły marudzić – „Jaki fałsz! Jaki fałsz!” … tutaj znowu Pani Magda osłania własną piersią swoją ukochaną klasę „Przynajmniej się starają!”) Międzyczasie próbowałem zmrużyć oczy… z marnym skutkiem. Dziewczyny nie oszczędziły mi babskich pogaduszek w efekcie czego usłyszałem scenariusz rodem z brazylijskiej telenoweli. Chociaż dziewczyna miała sporo racji. Śpiewy po jakimś czasie ucichły. Wychowawczyni jęła się nie pokoić. Te nerwowe spojrzenia w tył. Ten przeszywający wzrok… brrr. (Dziwne. Nadinterpretując można dojść do ciekawych wniosków: Jest głośno – jest dobrze. Panuje cisza – jest źle.) Nie minęło wiele czasu, a Goździu osiągnął Nirvanę, i zasnął w letargu… Wręcz utonął we śnie. A resztę grupy czekała przeprawa przez wąwóz „Homole.”
Tutaj zaczyna się moja bajka. Po przekroczeniu mostu, znalazłszy się na terenie wąwozu. Poczułem się jak dziecko, które mama po raz pierwszy przyprowadza do piaskownicy. Otoczony czymś nowym. Czymś tak pięknym. Zacząłem „cieszyć się chwilą.” Każde muśnięcie wiatru, kolejny przeskoczony kamyk – przynosiło ukojenie, radość i spokój. Napędzało błędne koło. Zostawiało piękne wspomnienia. Przyszedł czas na postój. Kompania się rozpierzchła i rozpętało się istne piekło fotek. Chwila wolnego. Urwaliśmy się na chwilę od stada i pognaliśmy na kraniec świata i jeszcze dalej… tylko po to by zrobić sobie zdjęcie na jakiejś śmiesznej skarpie, gdzie Niemca zaatakowały mrówki. Done. Dołączyliśmy z powrotem do grupy. Nie zapowiadało się na szybki wymarsz, więc poszedłem poleżeć sobie w najwyższym punkcie. Wolność i zero zmartwień… priceless. Tam gdzieś międzyczasie Longer biegał z baranią głową… w ręce. (Musiałem to uwzględnić, żeby nie zapomnieć :P) Przyszedł czas na wymarsz. Podczas powrotu zaliczyłem sosenkę. Ale bardzo chciałem mieć zdjęcie schodzącej kompanii… więc było warto ;-)
Podczas powrotu szlag mnie trafiał. Gdybym chciał tylko oglądać, to zrobiłbym sobie przeciąg w mieszkaniu. Załączył Discovery i pośmigał na rowerku stacjonarnym. Ba! Mógłbym jeszcze jeść w tym samym czasie. Whateva… Tuż przy końcu wąwozu P. Magda zadała miażdżące pytanie: „A gdzie jest Goździu?” co spowodowało małe(!?) zamieszanie… [Problemy to ukryte możliwości :-P] Udaliśmy się do zamkniętego kościoła. Zostawiając konającego Rafiego za sobą. Trupek się po niego wrócił. Tego bym się nie spodziewał… Church okazał się być nieczynny. Powrót do autokaru minęła przyjemnie. Wybacz Alan, ale tego dnia doznałem lepszych wrażeń niż „jazda na Tobie.” Co nie zmienia faktu, że jestem wdzięczny ;-) Chwila „na jeść” i wio do Krościenka!
Droga do kroscienka (…)
Wehikuł zatrzymał się. Ludzie pobrali bagaże i skierowaliśmy się do pensjonatu „Trzy Korony.” Na starcie pojawiło się małe spięcie. Ludziom szarpnęło po nerwach. Padło kilka irracjonalnych myśli wygłoszonych na głos. W końcu dostaliśmy klucze i rozeszliśmy się do pokoi. Z miejsca lecą podziękowania dla Malika za znalezienie tak zajebistego ośrodka. Za taką kasę. Balkon, TV, łazienka… wyłożona kafelkami z prysznicem i całkiem sporym lustrem. (Szkoda, że tak nisko wisiało.) Nawet klimatyzacja była! Rozpakowawszy się… (żart ;-) … miałem ze sobą mi. zapasowe spodnie, bluzę, podkoszulkę, trochę bielizny, kilka par skarpetek, szampon do włosów i szczoteczkę do zębów… pastę też! Notatnik i długopis. No… i PSP, którego za wszelką cenę unikałem – udało się… nawet w zamulającej drodze powrotnej. W porównaniu do reszty, która wzięła więcej szmatek niż liczy moja szafka – przyjechałem tam dosłownie „z niczym.”) Zrobiłem rekonesans. W pokojach część ekipy rozpakowywała manatki, reszta… już uszczuplała zapasy. Na posesji znajdowało się coś w rodzaju wewnętrznego placu. Boisko do siatkówki, plac zabaw, miejsce na ognisko. I całkiem sympatyczne lokacja obwarowana ławkami. Nieopodal siatkarzy poznałem Agnieszkę… taka sympatyczna osóbka, od której na pierwszym postoju dostałem dłonią w twarz. (Ponoć próbowała mnie pociągnąć za włosy… yeah, well whatever ;-) Zamieniliśmy kilka słów na huśtawkach, (trafiła mi się skrzypiąca :/) a gdy zrobiło się zimno wróciliśmy do ośrodka, chciałem poznać współlokatorki Agi. Wchodzimy do pokoju i słychać pisk.
„Myśmy bardzo chciały Cię poznać…”
Dziewczyny mnie obskoczyły i zaczęły się przekrzykiwać. Zabawne. W ich oczach było tyle radości. Miło było. Specjalnie powstrzymywałem się od mówienia i chłonąłem to co mnie w tym momencie otaczało. Nie chciałem teraz wdawać się w jakąkolwiek rozmowę. Po głowie chodził mi tylko ciepła kąpiel – byłem przepocony po “Homolach”. Wróciłem do pokoju. Nudno. TV nie mam zamiaru załączać. Do plecaka nie chcę nawet zaglądać. Szybki prysznic, obiado-kolacja. (Hmm… o ile pamiętam pierwszego dnia – była grzybowa bez grzybów. Gumowe ziemniaki i dziwny kotlet do kompletu. Na poczęstunek bułeczki z cynamonem.) Wypad na miasto. Kółko wokół rynku. Gdzie jedna z rozmawiających kobiet wskazała mnie palcem… a gdy już przeszedłem usłyszałem tekst „on wyglądał jak z teledysku” (Biedna istotka, pewnie znęcają się nad nią każąc oglądać jakieś poronione stacje telewizyjne.) W Krościenku nie wiele było ciekawych miejsc. Sporo sklepów. Nawet jakieś z ciuchami były. Nie byłem w nastroju do zabawy i sprawdzania która ze sprzedawczyń „chce mi coś sprzedać.” Która tam pracuje bo musi, a która tam jest z powołania… (wg. „Alchemii Manipulacji” Bandlera sprzedawcy są po to, żeby uszczęśliwiać ludzi… dzięki finalizowaniu transakcji. Sprzedawaniu rzeczy, które nie są nam tak naprawdę potrzebne… a mimo wszystko sprawiają, że ludzie nabywając je czują się szczęśliwi. Wtedy wracają po więcej. (to tak jak z… ;-) Przypomniał mi się „Czas serferów.”) Ogólnie – nie było za bardzo czego zwiedzać. Kierowałem się w stronę „Trzech Koron.” Przeszedłem przez most nad Dunajcem, spojrzałem na zegarek. – Ognisko dopiero za godzinę… k#### :-) Idąc wzdłuż rzeki zauważyłem ławeczki. Cholernie niewygodne. Przez około czterdzieści minut albo gapiłem się w wodę, albo obserwowałem kaczki… Powoli zaczynałem odczuwać zmęczenie po dzisiejszej błogiej zabawie w wąwozie. Było zimno. Podążałem w stronę pensjonatu. Zawitałem kilka minut przed dziewiętnastą. Odziwo poza mną przy ognisku jeszcze nikogo z naszej kompanii nie było. Usadowiłem się na ławeczce. Zjawili się Wojtek z Leszkiem. Ten drugi gdzieś się zmył i z tym pierwszym uciąłem sobie krótką dyskusję. Szczera, sensowna rozmowa, bez ściemy, bez owijania w bawełnę. Bez zbędnego p########. Na temat który pomimo kiepskiego nastroju mnie nie nudził. Wojtek uważam, że masz stary sporo racji. Ale wg. Mnie to nie wszystko. Na szczęście ludzie (przynajmniej niektórzy) uczą się na błędach. (W moim świecie nie ma porażek… Są tylko nowozdobyte doświadczenia. ;-) Ludzie zaczęli się schodzić. 2C zajęła pozycje na ławeczkach. 3TB okrążyła żarło. Robiło się gwarno i por… tłoczno. Przygniatało mnie to. Marzyła mi się jakaś miła spokojna rozmowa. Bez przekrzykiwania się, bez głupich haseł. W oddali dwie panny robiły sobie „stylowe wejście” (Po czasie :-) …Pomyślałem – “dlaczemu nie?” (By wyrwać się z „podłego” stanu wystarczy na siłę wprawić się w inny.) Obrałem target. … Gdybym wierzył w szczęście lub pecha. To tą akcje zaliczyłbym do tych drugich. Dziewczyny „zeszły z toru.” Koszmarne podejście i od niechcenia wypowiedziany tekst. Chwila niepewności… zbyt długa. I już wiedziałem, że „to nie tak.” Praktycznie gorzej tego nie można zrobić, ale… Znalazłem się wśród wielu, zbyt wielu dziewczyn – tłum. Byłem pod wrażeniem, że tam nikt nic nie mówił. … Albo nie przekrzykiwali się tak jak u nas. W efekcie czego było całkiem sympatycznie. … Pierwszy lepszy temat. Wiedziałem, że kojarzę skądś tą dziewczynę. Nie zdążyłem zmienić tematu… zobaczyłem zbliżającego się Spandla maszerującego na przedzie z parszywym uśmiechem. Czułem, że coś wisi w powietrzu.
„Kłębek, jak Ty to robisz…”

Zatkało mnie. Pomimo, że brałem pod uwagę takie zachowanie którejś osoby z klasy najnormalniej w świecie nie wierzyłem, że któryś z nich się tak zachowa. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak mi ciśnienie do gardła skoczyło. Krew się zagotowała. Odwaliłem jakiś teatrzyk… a wystarczyło go zignorować. Będę musiał przeprosić te dziewczyny (edit. 16.05.08 – done. Dowiedziałem się nawet, że jestem “krejzi” … ciekawe czym jeszcze mnie ludzie zaskoczą ;-) … ale najważniejsze, że w końcu mogę spać spokojnie, mam czyste sumienie. ) Wracając do nich… panna pływała w obłokach, była gdzieś daleko. Jeśli o to chodziło to mu się udało… W oczach dziewczyny widać było znudzenie. A ja – czułem się, jakbym dotknął dna. Nie było sensu tego ciągnąć. Nie minęła chwila i… ktoś „ich” wołał. Jeszcze nie wiem czyj to był pomysł. Ale izolowanie jednego zmarnowanego typa wśród większej ilości kobiet – to nie najlepszy pomysł. Aczkolwiek dziękuję, bo mogłem w ten sposób stamtąd spokojnie odejść. Ognisko już płonęło. Głodomory smażył y kiełbachę. Grupa ludzi kręciła się wokół P. Madzi… znowu robiło się gwarno. Błądziłem wzrokiem gdzieś po krajobrazie. I ni stąd, ni z owąd. Przypomniałem sobie coś… pomimo marnych zdolności recytatorskich nad którymi pracuję. Postanowiłem coś opowiedzieć… wiedziałem, że nie do końca będzie to na miejscu. Ale byłem pewny w 100% że “wystąpi konflikt półkul”. (Śmianie się z ludźmi, których się nie szanuje… nie jest zabawne. Gdybym miał z kogoś szydzić to nawet bym nie otwierał ust – szkoda energii.) Do rzeczy, bo uważam, że jest to druga rzecz naprawdę warta zapamiętania tego dnia. Dochodzę do puenty, oczywiście napotykając się wcześniej na „nie pozwalaj sobie.” Pojawiają się śmiechy, hihy, a moim oczom ukazuje się cyrk o jakim bym w życiu nie pomyślał. Kilka osób odrywa się od grupy. Pędzi do dziewczyn z którymi wcześniej chciałem porozmawiać i napier#### ten sam gryps. (Jezu, ja nie mam nic do opowiadania czyiś grypsów. Ale nie k#### w taki sposób.) Najwyższy czas otworzyć oczy, bo „świat jest jaki jest.” A ludzie… ;-)
Ochłodziło się. Wypadałoby w końcu usmażyć kiełbasę. Klapnąłem na ławce. Ulokowałem „kij” w ambitnej pozycji. Skuliłem się w … (Naprawdę było mi zimno.) I … surprise. Dosiada się panna, właściwie dwie. Zaczyna się dialog. Okazuje się, że dziewczyny mają bujna wyobraźnię… i zafascynowane “czymś” wymyśliły mi przydomek.
“Braveheart”
Naprawdę bujną… ale nie mam zamiaru tłumaczyć się nikomu z tego, że robiłem to co lubię. To co, przyniosło mi sporo radości tego dnia. Zresztą – każdy ma… whatever. Nie byłem głodny. Ludzie wokół się zmieniali. A ja siedziałem, patrzyłem w ogień i raz na jakiś czas doglądałem mojej wędzonki. Skończył się chleb i pognałem do kuchni. Całkiem sympatyczna kucharka, gdyby nie ta czarna to… Wróciłem. Było prawie pusto. Gdy kończyłem jeść siedzieli już tylko nauczyciele. Dokulałem się do pokoju. Szybki prysznic i … kierunek miasto. Tylko klucz Grimiemu musiałem oddać. Wchodzę do „16” a tu P. Magda uprawia hazard. Zagrałem partyjkę… następną… kolejną… i jeszcze jedną. Aż wybiła dwudziesta druga i wrota do pensjonatu zostały zamknięte. Nie pamiętam o której wyszedłem z pokoju. Wiem, że tego dnia odwiedziłem jeszcze trzydziestkę szóstkę. Przez którą przewinęło się naprawdę sporo ludzi. W kulminacyjnym momencie znajdowała się szesnastka w czteroosobowym pokoju.
The supplies has gone! (…)
W łóżku znalazłem się koło pierwszej. Budzony gdy co jakiś czas, któraś z dziewczyn piszczała na korytarzu. Szczególnie pamiętam odgłos, który brzmiał jakby ktoś wylądował na czterech literach mniej więcej w okolicy drzwi do pokoju nauczycieli. Zanim usnąłem wto… zawitał Grimi. Zawinął się w kołdrę. Odkładając okulary – zrzucił czajnik. Odgłos rozlewającej się cieczy to ostatnia muzyka, która dane mi było usłyszeć tego dnia.
maj 11, 2008 o 7:00 pm
‘Nic co ludzkie, nie jest mi obce’
ponoć są ludzie i ludziska, zatem nie dziwię się, że Twój owy gryps za chwilę zabrzmiał w innych ustach…
Hmm, takie klasowe wycieczki są zazwyczaj bardzo ciekawe…i pełne zabawnych, nie wiadomo jakich sytuacji, aż zazdroszczę Ci tego ‘muśnięcia wiatru’, radości i spokoju… zatęskniłam za tym, przez Ciebie!
Przeczytawszy, odnoszę wrażenie żeś bardzo ciekawy osobnik, skoro zrobiłeś furorę u tylu dziewczyn:D
maj 11, 2008 o 8:43 pm
Kłębek…chyba pokój 36 odwiedziłeś
maj 11, 2008 o 8:45 pm
My mistake. Już poprawiam.
maj 11, 2008 o 8:57 pm
widze, ze nie tylko ja dobrze wspominam, moja 36 rzadzi :D
maj 14, 2008 o 4:09 pm
No niemcu nie tylko Ty tam miales pokoj :) Tak tylko k woli przypomnienia
maj 14, 2008 o 7:19 pm
Ten pokój nie miałby najmniejszego znaczenia, gdyby mnie tam nie było :P
maj 14, 2008 o 8:21 pm
A Ty nie byłeś przypadkiem z pokoju obok? :P
maj 15, 2008 o 5:28 am
Ogólnie tak, ale i tak większość czasu byłem w 36.
U siebie tylko spałem praktycznie.