XXXI Żorska Wiosna Młodości część I

XXXI Żorska Wiosna Młodości – Bo Ty tak pięknie pachniesz… Śmiejesz się…”

Dzień pierwszy – 30.05.2008r.

Macie czasem takie nieodparte wrażenie, że osoba, którą spotykacie – jest z innego świata? Kompletnie do Was nie pasuje. Pojawiają się podobieństwa – ale to i tak nie ma znaczenia. …

Piątek… jeden z tych dni szkolnych, na które trzeba się przygotować – czasem. Budzik standardowo odśpiewał swoje o szóstej – najwyższy czas zmienić melodię. Słonko już wzeszło, delikatne promyki przedzierały się do pokoju. Stopniowo rozświetlając pomieszczenie (Nie, nie mieszkam w piwnicy – chociaż czasem takie odnoszę wrażenie.), oraz miło i przyjemnie oznajmiając, że rozpoczyna się nowe “dziś”.

To co było wczoraj to tylko pamięć w mózgu, pamięć o dźwiękach i zapachach. A co jutro? Jutro jest tylko dziurą. Tylko wyobrażenie które może zdarzyc się w rzeczywistości a może i nie. Dla wielu ludzi jutro nigdy nie następuje…

Pod głową zeszyt. “A no tak – dziś sprawdzian z historii… miałem się uczyć. Znowu zasnąłem z zeszytem. Kolejny raz – nawet nie zliczę, który.” Znowu…

Siódma… dwadzieścia… “kur## zaspałem!” Zryw. Spakowanie zeszytu do maty. Narzucenie szmat z wczoraj. I wio! a… jeszcze apaszka. Z notatkami z historii spacerując przez osiedle ciesząc się dotykiem cieplutkiego wiatru, który sprawiał, że szkołę miało się ochotę widzieć jedynie od zewnątrz… w myślach powtarzając: “powstanie warszawskie, kampania wrześniowa….” Nadeszła chwila prawdy. Kości zostały rzucone. Zestaw pytań podany. Gdybym mógł, zmieniłbym oczka na kościach – powtórzył rzut. Dwie kartki zapisane. Wodolejstwo… tego też można się nauczyć. Mata… “dop” z planimetrii – whatever… Kolejna lekcja – niemiecki. Minęła bardzo przyjemnie – podróżując z Leszkiem do Pawłowic po strój na basen. Przed odjazdem pojawił się potencjalny kupiec autka i ukradł trochę cennego czasu. Potem jeszcze zahaczenie o sklep “u teściowej.” Dostałem loda! W czekoladzie! W dodatku po raz pierwszy na moim patyczku pisało – “wygrałeś.” W szkole zdążyliśmy na Polski – jego połowę. Kasia postraszyła kartkówką wymieniając pytania jakie nam zada… Następna godzina – wystawianie ocen z WF’u:

- Brałeś udział w jakiś zawodach?
- Nie.
- Bardzo dobry… może być?

Chwila wolnego. Ktoś wspomniał, że dziś happysad gra w Żorach (Początkowe założenie: koncert… jak koncert. Ale przypomniał mi się ktoś i stwierdziłem, że chcę tam być. Uświadomić sobie – czym ona się tak katuje.) – zaczęło się, wraz z końcem lekcji. 13:05 – dzwonek. Dwudziestominutowa przerwa, a w głowie myśl – czy nie zostać i poznać “kanapkowej panny”. Skończyło się na myśleniu… Autobus podjechał w momencie gdy dochodziłem do przystanku – miło. W domu z niecierpliwością czekałem na “znak” od Sajmona.

O 16:30 koło bloku – na parkingu po stronie Statoil.

W końcu mogłem wziąć upragniony poranny prysznic. (Podczas którego doszedłem do wniosku, że mam słabość do woni miodu.) Zerkam na zegarek – jeszcze 15 minut i muszę wyjść. Czyli nici z obiadu… jakie śniadanie – taki obiad. Kupię sobie jakieś jabłka w osiedlowym warzywniaku. Zabiegany – standard. Opuszczam posesję i ku wielkiej uciesze… ktoś mi dosłownie ściągnął windę z przed nosa. Warzywniak. Kupuję jabłka… a właściwie mam zamiar – ale uświadamiam sobie, że rano w tym samym warzywniaku pozbyłem się kapitału – trudno. Żegnam się z przemiło sprzedawczynią i śmigam w stronę Supersamu. Po drodze spotykam mamę wracającą z pracy… Pączki! Śniadanio-obiad! … Lepszy rydz, jak nic. Maszeruję pochłaniając olbrzymiego pączka, gdy przed oczami pojawia mi się wielki, czerwony pojazd z napisem “109″ … bieg za nim. Jeść wypadło mi z dłoni – szczęśliwie złapałem nim spadło. Wtoczyłem się do autobusu i dokończyłem wchłaniać ten wypiek, który smakował jak u babci. Mniam! Dotarłem do parkingu – jako pierwszy… ale na szczęście nie musiałem długo czekać. Przyszła Pani “kierowiec.” (Z pozdrowieniami dla Patrycji, która wykazała się naprawdę wielką cierpliwością, i olbrzymim samo zaparciem, decydując się na…) Zapakowaliśmy się do bolidu. Początkowo jak w saunie. Ale otwarte okna zrobiły swoje… łącznie z tornadem, które pociesznie rozwiewało kudły. Sajmon w roli nawigatora spisywał się naprawdę świetnie – powinien pomyśleć o zawodostwie. Nie odbyło się bez drobnych spięć. Ale… czy wiedzieliście, że – poddenerwowane kobiety, mocniej dociskają pedał gazu? … Wykonaliśmy mnóstwo telefonów do Alana… który nas zbłądził… ale potem naprostował i dotarliśmy w końcu do celu… Mówiłem, że ze mną się nie zgubicie! Znajdując się w Parku Cegielnym zapytałem przechodzących dziewczyn, gdzie znajduje się… “Park Cegielny.” Zostałem mile zaskoczony – “tu gdzie stoisz… bardzo tu gdzie stoisz.” Bingo! Kolejną bezalkoholową imprezę czas zacząć. Park… szczerze, to niewiele w nim było. Nawet drzew było mało. Dreptaki ujdą. Ale… niedaleko od osiedli. Nocne wypady z dziewczyną… – (Ta… pomarzyć zawsze można. Tego nam nikt nie zabroni.) Znowu telefony, szukanie się. Pierwszego dopadliśmy Maydexa z dziewczyną. (Wybacz panno, ale nie pamiętam imienia.) Potem dołączył Alan i odbył się marsz do Tesco po zaopatrzenie. Powrót, szukanie miejsca na… No – w każdym bądź razie poszedłem szukać ekipy Wojciecha. Sebik wpadł po mnie nad “jeziora” i doszliśmy… Bobek z magicznymi oczyma dzierżył w dłoni jakąś plastikową butlę z czerwonym płynem… to chyba sok z gumi jagód. Sonia stworzyła coś w rodzaju papierowej czapki. Z której potem powstał helikopter – nielot. Wojciech… cieszył się ciszą. Przyszła dziewczyna, którą kojarzyłem ze szkoły… i opowieści Klaudii. Bodaj Magda, bodaj pani detektyw, którą miałem okazję jeszcze tego dnia spotkać co najmniej pięć razy. Wymieniliśmy kilka zdań i zmyłem się z tam tąd. Wybyłem rozglądać się za pozostałymi, którzy również mieli zawitać. Nieowocne poszukiwania skończyły się na powrocie do kompani z klasy. Zauważyłem, że dołączyli Gaciuś, oraz Wojtuś z Klaudią. Czas powoli upływał. Dotarli Jędrek z Renią. A mi w oczy rzuciła się panna… 180+ … nevermind.

(Zdjęcie zrobione przez Alana aparatem Patrycji.)

Paprika Corps produkowali się na scenie. Nawet fajnie grali – podobało mi się. Naszła mnie nieodparta ochota klapnąć na trawie, jak też i uczyniłem. Pomysł przypadł do gustu Reni – widocznie ceni sobie bliskość natury… w połączeniu z językiem Jędrka. Tak przyglądałem się tym parom i może nie było zazdrosny, ale czułem się jakoś tak nieswojo. Nie powinno mnie tam być – wolałbym tam nie być. Część ludków zebrała się by odebrać jakąś pannę i uzupełnić zapasy. Reszta jeszcze chwilę pozostała. Gdy Vavamuffin opanował scenę – ruszyliśmy cztery litery i pognaliśmy tam, gdzie powoli zaczynali się schodzić tłumy. Po drodze minąłem wcześniej wspomnianą dziewczynę. Na wzroście się rozpoczęło. Na tym samym się skończyło. Nie przykuła mojej uwagi. Przeszedłem obojętny… cholernie obojętny. Zajęliśmy bezpieczną pozycję. I nastąpiło… Coś zaczynało mi robić dogłębnie niszczące kuku w głowę. Prowadziłem wewnętrzny spór. Żądałem cudu.

Tracąc nadzieje w końcu, bo nic samo się nie stanie. Tak od zaraz.

Pogrążałem się. Poczułem czyiś dotyk. To był Wojciech… Jak się potem dowiedziałem – “po przejściach.” Wyglądał naprawdę mizernie. Zapewne oczy mieliśmy identyczne. Ale to właśnie on wyciągnął mnie tam, gdzie znajdowało się serce tej imprezy. Do miejsca, w którym miałem nigdy więcej nie gościć. Do ludzi, którzy zmienili mój dzień. Znalazłem się tam, gdzie osobniki w skórzanych glanach, deptali po moich zamszowych sportowych trzewiczkach. (Ała…) W przestrzeni, która znajdowała się w śród gęstej masy kurzu przez który nawet oddychanie sprawiało problem. Zatraciłem się, poczułem ulgę – wewnętrzną radość, która prowadziła wręcz do euforii, a po moim ciele zaczynały powoli zsuwać się wilgotne krople potu. I spływały tak jeszcze przez długi, długi czas. Zasapany, zaspokojony – szczęśliwy. Opuściłem towarzystwo i poszedłem zaczerpnąć powietrza. Spotkałem Inviego, a nas spotkał Sebik, który szukał Wojciecha i reszty. Znalazły się zguby i pognaliśmy tam, gdzie miałem okazje zobaczyć jak jakiś chłopiec dosłownie zbiera łokcie na twarz i … bawi się dalej. Skąpani w resztkach blasku zbliżającego się do linii horyzontu – Słońca. Powtórzyliśmy się. Zawirowani, zakręceni… zatraceni… I znów oddychanie stwarza problem. Przerwa. Natknąłem się na Trupka, potem dołączyłem do kopani klasowej, która stale się powiększała – rosła w oczach: Dołączył Zdebel z Agnieszką, oraz Adik z panną. (Gome za imię.) … Zarzyk z Magdą. Vavamuffin zakończyli popis. Zaraz pojawi się gwiazda wieczoru – happysad. Przetransportowaliśmy sie pod scenę. I w spokoju oczekiwaliśmy na artystów.

Let’s the game begin

Ruszyli. Tłum odżył. Zabawa była przednia. Kilka piosenek i przerwa – i tu spotkałem Leszka. Zmiana miejsca, na to bardziej tłoczne – domenę Boba. Szaleństwo. Ociekający cały ze szczęścia… kurzu i potu. Postanowiłem zrobić kolejny krótki odpoczynek. Dopadł mnie Invi i przysiadłem się do jego ekipy. Właściwie to przeleżałem obok… Do uszu dotarł wrzask i pisk, zaraz po tym – znajoma melodia.

Takczęsto Cię widzę… choć tak rzadko spotykam… Smaku Twego nie znam… choć tak często Cię mam – na końcu języka. - “Ja tam muszę być!”

Wtoczyłem się pod scenę tylko po to by, kilka minut później opuścić ją z chrypką w głosie. Naprawdę było warto… Powrót do leżakowania na chłodnej zielonej trawie. Podziwiania nieba, gdy w oddali słyszy się rządny emocji tłum i ekipę, która z chęcią im ich dostarcza. Spoglądając w górę, zatracając się gdzieś tam wysoko. Podczas gdy wiatr delikatnie ochładzał moje spełnione wilgotne ciało… Powoli dobiegł kres koncertu. Trzy piosenki na bis. I nara. Na parkingu chwilę poczekaliśmy (Bob się zgubił…) a potem ruszyliśmy w stronę domu zahaczając o MC Donald. … W którym to rozpętała się idiotyczna rozmowa. Wielkie żale o zabicie robaczka. Cisnęły mi się na usta słowa Grześka… na szczęście w porę usłyszałem “To wyjdź…” co było mi na rękę bo i tak nic nie zamawiałem. Dołączył Wojciech. Poszliśmy na stację po jakieś pić. Od tego kurzu… Kupiliśmy wiśniowo-jabłkowy Tymbark i posiedzieliśmy chwilę na schodach. Reszta w końcu się ukazała. Zapakowaliśmy tyłki do bolidu i po chwili opuściła nas Sonia, potem żegnaliśmy się z Bobkiem. Następnie przyszła kolej na mnie. O 23:40 zawitałem do domu.

Jaki był ten dzien? Co darował? Co wział?

Mam świadomość, że grając tak dalej… szukając ideału – przegapię to, co być może szuka mnie samo.

Czarna koszula – jest szara.
Niebiesko-niebieskie spodnie – są jasno-niebieskie.
Brązowe trzewiki – mają teraz barwę budyniową.
Czyli jutro czeka mnie pranie ;-)

Za oknem zaczyna świtać… czas spać.

Odpowiedzi: 4 do “XXXI Żorska Wiosna Młodości część I”

  1. Wojciech Says:

    fajna notka, fajnie zagrali a mizernie to nie wygladalem przeciez!

  2. Asiura Says:

    “(…)Bo całe nasze życie to
    To nie te długie lata a
    Tych kilka krótkich dni
    i tych parę chwil z których
    Niby nie wynika nic…”

  3. Sonik Says:

    wymieniles moje imie dwa razy ;] a za robaczka musisz odpokutowac!!!! nie zaprosze cie na pizze robaczkobójco!

    Gratuluje pogo :)

  4. Aga Says:

    Widzę, że pogowaliśmy w tym samym miejscu i magicznym tym samym czasie. Jestem tutaj po raz pierwszy i śmiem stwierdzić, że ładnie operujesz słowami.
    Oby więcej tego typu koncertów. Kiedy niesie Cię dziesięć par rąk, a za Twoją głową jest ich kilka tysięcy, człowieka ogarnia dziwne pytanie, gdzie ja jestem i czy to dzieje się naprawdę?
    Pozdrawiam serdecznie.


Napisz odpowiedź