XXXI Żorska Wiosna Młodości – “Ceremonie pieśni końca dróg…”
Dzień trzeci – 01.06.2008r.
Niedzielny ranek. Jak każdy inny poranek – ten, nie różnił się niczym w jakiś szczególny sposób. No może troszeczkę: “Łuukaasz śpisz?!” … W tym wypadku – chcieć nie znaczy móc. Wrota do życia zostały otwarte. Podniosłem powieki. … “Jaki cholerny skwar. Gdzie moja woda?” (Byłbym bardzo rad, za możliwość otwarcia okna w pokoju.) Perspektywy na dziś? Jutro pajac z OB będzie sprawdzać bazy… Na samą myśl o: “Nie podoba mi się… te kolory nie pasują. To nie może tak być. No tragedia. To jest przykre.” Dość o szkole – dzień dziecka mam. Z okazji tego magicznego święta, dostałem “na loda.” Świetnie, tylko dlaczego… nevermind. Dodatkowy grosz przed wyjazdem zawsze się przyda. Dosiadłem się do “złodzieja życia.” I zacząłem wachlować zakładkami firefoxa. Międzyczasie znalazłem “klasę w najwyższej postaci” – jeśli znajdzie się ktoś o gołębim sercu… są takie apaszki od “Hermes Paris” … tylko żeby mi do koszuli pasowała… *żart* (Nie chcę używać emotek.) W głowie:”Na basen bym poszedł…” i *bum* Czary – wyskakuje okno!
Dawid Lis (Lisek): (Niedziela 01.06.2008 11:21)
jediesz na basen do zdroju?
Błyskawiczny prysznic, wypchanie plecaka z Guardianem – ręcznikiem i wodą. Telefon “złaź, czekamy.” Bateria pada – nie biorę. Schodzę na dół. Wiedziałem… wiedziałem. Podjechali nie tam gdzie trzeba. Fartownie w porę się zorientowali i nie minęło wiele czasu nim wypakowaliśmy się w Zdroju. Party czas zacząć. Znaleźliśmy miejsce połowicznie pokryte cieniem – nie zdzierżyłbym kilku godzin na słońcu. (Złe wspomnienia… długie nieprzespane noce.)
Wsłuchać się w kamień, pogadać z drzewem,
I z każdym bogiem być bardzo blisko,
Nie czynić dobra i nie przeszkadzać,
Poczuć, jak wokół tętni wszystko.
Mmm… raj na ziemi. Odpoczynek z delikatnymi muśnięciami wiatru na plecach, gdzie każde kolejne jeszcze bardziej rozluźniało i w zmysłowy sposób ochładzało rozgrzaną do granicy przyjemnych tolerancji zaczerwienioną powierzchnię delikatnie różowej skóry. Przeszywanej raz za razem dreszczami, które rozchodząc się… (dość!) Spędzając tak przyjemne chwile, nim się zorientowałem minęła czternasta. Czas do domu – Wilki dziś! Spacerując przez park…
Nic nie przychodzi do głowy. Samotny człowiek w środku dnia.
Piękny widok… zapierał dech w piersiach. Sytuacyjno-klimatyczno-widowiskowy. Wracając natknąłem się na Monikę z siostrą, która to chyba nie polubiła mnie za “dzień dobry.” Może młode matki tak mają? Nie dopuszczają do siebie myśli… Następnie minąłem się z koleżanką Natalii – Olą… miała tak “dziwnie” odwróconą głowę w drugą stronę – “ciekawe” czemu? Dom! Obiad! – w końcu, bo umieram z głodu. A potem nauka… nie mogłem się zebrać i nie przyswoiłem nic, co chciałem przyswoić, jak i również nie nauczyłem się niczego – czego powinienem. Zbliżał się wieczór. Humor się je###. “A może lepiej nie jechać? Zrobić bazę danych…” Ogarnąłem się… budzik dał znać – już czas. Wypicowany (Kochane spodenki od wf’u, których używam już 4 rok.) wymaszerowałem wbrew temu co podpowiadała mi podświadomość. Na przekór zj##### nastrojowi. Czasem… – trzeba. Spacerek na autobus – minął bardzo przyjemnie, przewiewnie. Natknąłem się na kilka grup dziewczyn zagadanych po uszy. Gdy je mijałem, dziewczyny milkły jak na zawołanie. Przerywały najbardziej ekscytującą dyskusję, by sobie… pomilczeć przez chwilę. Zawitałem do “wcześniejszego” mieszkania odebrać pocztę. Potem już tylko chwila na przystanku. Naszły mnie myśli: “A może olać ten autobus i wracać… jutro szkoła.” Nadjechał. Wchodzę… na start w oczy rzuca się dupny napis
“Sprzedaż biletów tylko za odliczoną gotówkę.”
- Jeden bilet za 1.70…
- Nie ma. Skończyły się – są tylko za 2.80.
*W ręce 2.70 i brak miedzi w portfelu.*
- Ma pan wydać z 10?
- Oczywiście…
(Czego ludzi schizują karteczkami…)
Prawie 40minut w autobusie zaowocowało stwierdzeniem “Myjcie się ludzie!” To nie boli… naprawdę. Ogolcie się, zainwestujcie w jakiś antyperspirant. Wysiadka na “Bajerówce.” Telefon do Jędrka – trzeba było jakoś trafić do Parku Cegielnego. O dziwo instrukcję zrozumiałem za pierwszy razem. Zmierzając doń widziałem jak jakaś panna strzela focha i odchodzi od chłopaka, który odjeżdża motorem w przeciwnym kierunku. Takie to… “budujące.” Dotarłem. Ludzi od groma. Więcej niż na happysadzie dwa dni wcześniej – znacznie. Obszedłem zaludnioną polankę. Zacząłem się rozglądać za znajomymi. Pusto… ludzi jak grzybów po deszczu, a znajomych brak. O! Jest! Sajmon z Patrycją! Przy okazji miałem przyjemność poznać mamę Szymka (Pozdrowienia.) Wskazówką dochodziła do dwudziestki – minutowa. Powinni już grać tak na oko… jakieś dwadzieścia minut. Wielokolorowe niebo. Gdzie, szaro-niebieski kolor już wiódł prym… a tuż nad linią horyzontu rozpościerał się pas piaskowej barwy tylko po to, by poniżej przechodzić do odcienia zabrudzonej krwi. Towarzyszyło nam aż do pierwszej pieśni.
Ceremonie pieśni końca dróg…
Yeah! Ruszyli. Imidż Gawlińskiego wyróżniał się od pozostałych – bardzo. Białe spodnie, marynarka, podkoszulek… i… i… i krótkie włosy. Byłem nastawiony na kicz. Dużą dawkę – nie przepadam za występami “live.” Piosenka o sympatycznej nazwie “Uluru” bardzo przypadła mi do gustu… Ludzie z początku oziębli i nieśmiali powoli rozkręcali się. Zespół – również. Urke i buźki pootwierane.
Pijemy za lepszy czas
Za każdy dzień, który w życiu trwa
Za każde wspomnienie, co żyje w nas
Niech żyje jeszcze przez chwilę
Artyści robią krótką przerwę, za chwilę zagrają akustycznie. Brzmienie trochę zelżało. Z zamkniętymi oczyma, wsłuchiwałem się w to co mnie otaczało (”Zostać Mistrzem“). Chłonąłem nastrój, który tam panował. Zatracałem się – ruchy ciała ograniczały się do minimum… głowa swobodnie kołysała się na wszystkie strony. (Prawie jak Grzesiek podczas koncertu. *smile* Tylko stojaka mi brakowało.) Muzycy zakończyli akustyczną część widowiska i ponownie do uszu trafiały mocniejsze brzmienia.
Dobrze jest bawimy się… myślą nie ma końca – śnieg, zawierucha w nas…
Lecę bo chcę…
Tłumy domagali się “Baśki,” na co Robert komentował – “My nazywamy się Wilki, nie Baska.” *Bum* koniec. Ponad godzina dobrej zabawy i nagle słychać “Dziękujemy” z ust wokalisty. Dobra niech spadają po gadżety i wracają grać na bis. Tak też się stało. Wskaźnik decybeli wzrósł. Śpiewali… śpiewali… ale coś mi do głowy nie przyszło by zaśpiewać “Na zawsze i na wieczność.” Trzeba było dopomóc szczęściu. Przełamując się – wypieprzając kolejne g#### z głowy….
Wilkiiii! … na zaawszee! … i na wieczność!!!
Wokół zrobiła się cisza, wszyscy wzrok na mnie… Zdaniem Sajmona, gdybym miał taką siłę przebicia w klasie… No – przynajmniej próbowałem! Koncert zakończył się utworem: ” Son of the blue sky.“
Zgubione szczęście nigdy nie wraca choć byś chciał.
Ta dziewczyna wyglądała tak przepięknie, przeciętnie – tak normalnie. A jedyne co zrobiłem to… – no ale głos miała naprawdę miły. Do bolidu! Droga do Jastrzębia minęła nam przy mile spędzonej rozmowie. Potem już tylko spacerek późnym wieczorem… podśpiewując, gwizdając i nucąc utwory, które zostały w głowie po koncercie… W domku przed północą… zasiedziałem się chwilę i nie widziałem już sensu kłaść się spać… czyli dzień koncertowy trwał grubo ponad 48 godzin… (Podziękowania dla Asi, dzięki której nie urwał mi się film na programowaniu.)
A przede wszystkim – dziękuję Patrycji i Sajmonowi za transport.
Na koncercie Wilki zagrały takie utwory:
Uluru
Urke
Beze mnie o mnie
Bohema
Eroll
Ja ogień Ty woda
Jeden raz odwiedzamy świat
Love story
Śpij mój śnie
Zostać mistrzem
Słońce pokonał cień
Son of the blue sky
Nie stało się nic